piątek, 10 czerwca 2011

Budowanie w rodzinie relacji opartych na miłości– część 1

Publikacja Marylin Boyer - mamy 14 dziecki, z których każde było edukowane w domu.

Stawianie solidnych fundamentów

Jedną z najważniejszych rzeczy, jaką moja rodzina zyskała dzięki edukacji domowej są zbudowane przez te lata trwałe relacje. Moje dzieci są swoimi najlepszymi przyjaciółmi! Przez najbliższy miesiąc będę się dzielić z Wami niektórymi czynnikami, które pomagają rozwijać tego rodzaju relacje.

W pierwszych latach życia: załóż solidny fundament.

Możesz zastanawiać się, co ma wspólnego ten pierwszy punkt z Budowaniem w rodzinie relacji opartych na miłości! Ale zauważ, że zatytułowałam tę część „Stawianie solidnych fundamentów” – ponieważ musimy budować na jakiejś podstawie, muszą zostać ustanowione pewne fundamentalne zasady i pojęcia, które pomogą w rozwoju bożych relacji. Twoje dzieci muszą wiedzieć, że je kochasz i że kocha je Bóg, muszą poznać Twoją dyscyplinę i Bożą dyscyplinę, Boże Słowo powinno być obecne w Twoim domu – w tym celu, aby Twoje dzieci wiedziały w jaki sposób mają kochać innych. Tak więc niech to, co ma być pierwsze będzie pierwsze.

Biblia mówi, że dzieci są błogosławieństwem od Pana. Przez lata, za każdym razem, kiedy dowiadywaliśmy się, że w naszej rodzinie ma pojawić się kolejne niemowlę, mówiliśmy naszym dzieciom, że Bóg daje im nowego braciszka lub siostrzyczkę i jest on/ona specjalnym darem dla naszej rodziny od Pana Boga. Kiedy dziecko już się narodziło, zawsze próbowałam, aby czas karmienia niemowlęcia, był specjalną porą, kiedy czytam moim maluchom, które przyszły na świat przed nim. Dzięki temu moje brzdące zamiast odczuwać urazę do mamy, która spędza czas z niemowlęciem, pory karmienia oczekiwały z niecierpliwością. A ja angażowałam je by podały mi pieluchę, wybrały kocyk czy coś innego potrzebnego ich nowemu niemowlakowi. Cieniutkim głosem udawałam niemowlę, które mówiło swojemu dużemu bratu lub siostrze, jak bardzo jest szczęśliwe, że oni są jego duży bratem / siostrą i jak bardzo ich kocha. One oczywiście odpowiadały mi i wyrażały słowami swoją miłość do nowo narodzonego dziecka, co wpływało na ich pozytywną postawę do niego, zamiast budowania urazy, że mama jest tak często zajęta kimś innym, a nie nimi.

Ucz swoje dzieci, że Bóg jest wszechobecny. Innymi słowy, On widzi wszystko i jest z nami przez cały czas! Nauczyliśmy nasze dzieci takie wersetu: „Tyś Bóg, który mnie widzi” (I Mojż. 16:13). Powiedzieliśmy im, że Bóg patrzy na nie przez cały czas i jest z nimi przez cały czas. Takie nauczanie nie tylko buduje zdrową bojaźń przed Bogiem („Bojaźń Pana jest początkiem mądrości”), ale daje im także poczucie komfortu, gdyż wiedzą, że Bóg jest zawsze przy nich, także po to aby im pomóc.

Ustal biblijne wskazówki dotyczące zachowania w waszej rodzinie. Biblia jest niezmienna, jest światłem dla ich ścieżek. Naucz się jak używać Biblii, by zmieniać złe zachowanie i skupić się na ukształtowaniu bożego charakteru. Naszym obowiązkiem wobec Boga i innych jest nauczenie się kontrolowania swojego egoizmu i szukania, w jaki sposób możemy zaspokoić potrzeby innych. To nie przychodzi w sposób naturalny, więc musimy w zamierzony sposób wyćwiczyć w tym nasze dzieci. I tak na przykład, aby wprowadzić wytyczne odnośnie właściwego zachowania się przygotowywaliśmy Tabele konsekwencji. Chcieliśmy, aby nasze dzieci zrozumiały, że mają wybór, ale z wyborami są związane konsekwencje. Rodzice powinni tak prowadzić swoje dzieci, aby te nauczyły się podejmować mądre decyzje. Jedna z takich Tabel Konsekwencji, jaką używaliśmy, jest dostępna do kupienia. Nie obejmuje wszystkiego. Odzwierciedla tylko to, z czym w pewnym czasie zmagały się nasze dzieci i może posłużyć Ci, jako wzorzec, dzięki któremu ustawisz własne wytyczne dla Twojej rodziny. Pamiętam jak kiedyś Kelley przyszła do mnie i zapytała jakie są konsekwencje czegoś tam. Powiedziałam jej, a ona odparła „Aha, w takim razie myślę, że tego nie zrobię”. Nauczyła się podejmować mądre decyzje .

W kształceniu swoich dzieci naucz się skutecznie posługiwać Biblią,. Staramy się, aby umysły naszych dzieci, były przesiąknięte Bożym Słowem. Jest wiele sposobów, aby to robić, a jednym z najbardziej efektywnych są nagrania Biblii, w których Rick czyta jej fragmenty dla naszych dzieci, wyjaśnia trudne słowa, podaje przykłady historii ilustrujących prawdy zawarte w Bożym Słowie. Puszczaliśmy te kastety, kiedy nasze dzieci kładły się na popołudniową drzemkę, lub kiedy szły spać wieczorem. Tak więc nasze dzieci zasypiały słuchając Bożego Słowa. Odkryliśmy, że służy to budowaniu w ich umysłach Bożego systemu wartości. Kiedy zapamiętywały fragmenty Biblii (chociaż nawet nie próbowały tego robić, działo się to samoistnie poprzez słuchanie), uczyły się zmieniać niektóre swoje bezbożne myśli na Boże myśli. Kiedy stawały się starsze, odkrywały w przeróżnych sytuacjach, że Boże Słowo, nigdy nie wraca puste, ale wraca z Bożą mądrością, właśnie wtedy, gdy najbardziej tego potrzebowali.

Więcej szczegółów za tydzień….

czwartek, 9 czerwca 2011

Zjazd ICHE stanu Illenois

Chciałam dla zachęty dla rodziców uczących dzieci w domu pokazać na Facebook'u urywki za zjazdu jednej z organizacji homeschoolerskich w stanie Illinois. Niestety, z niewiadomych dla mnie względów Facebook uznał ten link za obraźliwy. Ciekawe dla kogo?

A wracając do zjazdu (czy konwencji, jak oni to nazywają): tak wielkie zjazdy, z takimi materiałami jakie tam są, w Polsce są jeszcze na etapie naszych marzeń. Ale czasami marzenia się spełniają i jakoś tak mam przekonanie, że chociaż ja już pewnie nie będę brała w nich udziału (powoli moje dziecko wychodzi z wieku edukacji obowiązkowej), ale pewnie następne pokolenie edukatorów domowych będzie miało swoje "konwencje" w sali kongresowej lub innej tego rodzaju.

A teraz zobaczcie:



sobota, 4 czerwca 2011

Ogród UW

Poszliśmy sobie dzisiaj do biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, w celu pochodzenia sobie po jej ogrodzie. Ogród jest przepiękny, część mieści się na dachu biblioteki skąd rozpościera się niesamowity widok na Wisłę. 

Aga niechętnie z nami poszła, ale także jej bardzo się podobało. Zwłaszcza, że mogła robić zdjęcia, co bardzo lubi. W najbliższym czasie zrobimy co się da, aby mogła się rozwijać w tej dziedzinie. Chciałabym nawet, zapisać ją do jakiegoś klubu, czy na jakieś kółko, gdzie młodzież uczy się takich rzeczy. 

A wracając do ogrodu - jeśli zabłądzicie kiedyś w Warszawie na Powiśle, albo nie będziecie wiedzieć co zrobić z czasem po wyjściu z Centrum Nauki "Kopernik", to zaraz po drugiej strony ulicy zobaczycie Bibliotekę i ten ogród (wejście od Dobrej), możecie tam wejść (a wejście jest bezpłatne) i odpocząć.

A żeby jeszcze bardziej zachęcić do odwiedzenia tego miejsca załączam fotki.


Spojrzenie dziecka edukowanego domowo po latach

Wielu z nas, edukatorów domowych, boryka się z pytaniem, czy dobrze, że to robię? Jak długo jeszcze? Czy nie krzywdzę swojego dziecka? Czy mu czegoś nie zabieram? Czy nie będzie mnie kiedyś przeklinać? Nie za bardzo mamy komu zadać pytania: Co czułeś, kiedy uczyłeś się w domu? Czy dzisiaj, z perspektywy lat pochwalasz decyzję swoich rodziców? Doświadczenia naszego kraju w tej materii są zdecydowanie skromne, dlatego bardzo się cieszę, że znalazłam świadectwo Laury Boyer, dzisiaj już dorosłej młodej kobiety, która razem ze swoim licznym rodzeństwem była edukowana w domu. Oddaje głos Laurze.

Dorastając w rodzinie Boyer
Artykuł ten został napisany przez Laurę Boyer i opublikowany na stronie bloga The Boyers Blog, a także na stronie on Biblical perspective of home education w dziale „Ask the Grade” (Zapytaj absolwentów)

Laura i jej bratanica Melody

Kiedy w 1980 roku moi rodzice rozpoczęli edukowanie dzieci w domu nie znali nikogo, kto by to robił. Na pomysł Edukacji Domowej wpadła mama, po prostu uważała, że będzie jej tak wygodniej. Dojazdy tam i z powrotem do przedszkola, pięć razy w tygodniu, by dwóch starszych chłopców dowieść tam na ich zajęcia zgodne z planem, mając jeszcze trójkę młodszych chłopców i oczekując kolejnego dziecka, to było dla niej zbyt wiele.
Mój tata zgodził się, by spróbować przez jeden rok i jak mówi stare powiedzenie, reszta jest już tylko historią. To co zaczęło się jako działanie z rozsądku, przerodziło się w silne przekonanie, że nauczanie domowe jest tym, czego Bóg od nich oczekiwał.
W 1982 roku moi rodzice zostali wezwani do sądu na rozprawę z powodu „wagarów” swoich starszych dzieci. Pomimo, że ich działania były absolutnie legalne (i edukacja domowa dzisiaj funkcjonuje pod niemalże tym samym prawem co wtedy), sędzia nie chciał ich wysłuchać. Powiedział, że nie chce słyszeć niczego na temat religii i nakazał moim rodzicom, aby ponownie posłali dzieci do szkoły.
Aby dokończyć rok szkolny, pozwolono mojej mamie korzystać z klasy w przedszkolu działającym przy kościele. Tam uczyła chłopców, a w kolejnym roku uczyła ich znowu w domu. Dzieci wiedziały, że w czasie godzin szkolnych, nie wolno im wychodzić na dwór, a okna muszą być zasłonięte; jeśli usłyszały pukanie do drzwi, chowały się pod łóżkiem, wiedząc, że jeśli ktoś ich odkryje, zostaną zabrane z domu. W między czasie, moi rodzice razem z innymi lobbowali za nowym prawem, które uchwalono w 1984. Od teraz bez obaw, że znowu zostaną oskarżeni, mogli uczyć swoje dzieci w domu i czynią to do tej pory.
Przyszłam na świat sześć lat później, jako dziesiąte dziecko z czternaściorga, które tworzyły naszą rodzinę.
W naszym domu, edukacja to nie był po prostu inny sposób nauczania nas podstaw wiedzy akademickiej, raczej inny styl życia: zwany przez chrześcijan uczniostwem. Tak jak Jezus wybrał swoich 12 uczniów, aby mogli być z Nim i aby mogli uczyć się od Niego i z Jego przykładu, tak samo moi rodzice, chociaż niedoskonali, usiłowali naśladować model jaki pokazał Jezus, pilnie ucząc nas, jak mówi V księga Mojżeszowa 6:7 „Będziesz je wpajał w twoich synów i będziesz do nich mówił, przebywając w swoim domu, idąc drogą, kładąc się i wstając”. Kiedy byłam jeszcze mała, nauczono mnie, że Biblia jest podstawą wszystkiego co robimy. W każdym miejscu naszego domu, znajdowały się biblijne wersety. (V Mojż. 6:9). Moja mama przygotowała fiszki (flashcards), gry, różne ręcznie wykonane kartki, wyszywanki, aby pomóc nam zapamiętać słowa z Biblii, a tata nagrał biblijne księgi na kasety magnetofonowe, abyśmy mogli słuchać ich wieczorami, kiedy idziemy spać.
Jestem bardzo wdzięczna, że przeszłam takie Biblijne szkolenie w tak młodym wieku. Od samego początku uczyłam się, co jest tak naprawdę ważne.
Oczywiście uczyliśmy się też przedmiotów szkolnych, ale zajmowały one dopiero drugie miejsce, po szkoleniu z Bożego Słowa.

Laura I jej siostra Grace, bawią się na lekcji historii

Pomimo tego, że mama w pewnym okresie miała dwunastkę dzieci w wieku szkolnym na raz, to miała czas dla każdego z nas.
Ale nie tylko to, nasze zajęcia szkolne trwały 3 godziny dziennie. Ponieważ jednak każde dziecko uczy się w inny sposób i żaden program nie pasuje do wszystkich, nasza mama sama przygotowywała program, biorąc po kawałku z różnych gotowych, tak aby przygotować program na miarę, dopasowując sposób edukowania, do indywidualnego stylu uczenia się każdego z nas. Na przykład mój brat Tucker, uwielbiał przedmioty przyrodnicze i przez jakiś czas, każdego dnia, mama przeprowadzała z nim różne eksperymenty przyrodnicze. Mój brat Rick był zafascynowany historią i polityką, tak więc otrzymywał dodatkowe zadania związane z czytaniem na różne tematy, albo miał za zadanie napisać do wydawcy naszej lokalnej gazety listy dotyczący aktualnych wydarzeń.
W naszym typowym dniu zawsze mieściło się to, co mój tata nazywał „nauką przez przypadek” – jak na przykład wtedy, gdy tata z chłopcami jechał samochodem i zobaczyli na drodze zabitego szopa. Wzięli go na dach samochodu i przywieźli do domu, ciesząc się improwizowaną lekcją anatomii, i kiedy już wszystkie główne organy zostały zidentyfikowane, rozpoczęli grę „A co to jest?.
Albo wtedy gdy nauczyłam się wszystkiego o ruchu i energii, przy pomocy kawałka sklejki przybitej gwoździami do górnej części schodów, drewnianej kuli do krykieta, drewnianego młotka do krykieta …. i okna….
Edukacja domowa sprawiała, że mieliśmy więcej czasu, aby służyć innym. Mój tata i moi bracia wielokrotnie pomagali budować domy dla Habitat for Humanity, a dziewczęta pomagały przygotowywać posiłki dla rodzin w potrzebie, opiekowałyśmy się dziećmi młodych mam, które właśnie urodziły kolejne dziecko, często też mieliśmy gości na obiad itd.
Jedną ze służb w jaką ja byłam zaangażowana było odwiedzanie razem z mamą starszych ludzi z kościoła. Wśród nich było też małżeństwo emerytowanych misjonarzy. Ich historie z pola misyjnego były wprost nieprawdopodobne! Uwielbiałam te wizyty, przygotowywałam dla nich prezenty, pisałam do nich listy, piekłam ciasta na ich urodziny… I chociaż naszym celem, było przynieść im błogosławieństwo, oni na wiele sposobów byli błogosławieństwem dla mnie. Nauczyli mnie, co to naprawdę znaczy mieć serce sługi. Dzięki nim zobaczyłam co to naprawdę znaczy być całkowicie oddanym Panu. Nadal regularnie koresponduję z tą panią (ona jeszcze żyje), pomimo tego, że wyprowadziła się z naszego stanu.
Zawsze wydaje mi się komiczne, gdy ludzie, którzy zastanawiają się nad edukacją domową swoich dzieci, obawiają się o socjalizację. W naszym domu mieliśmy znacznie lepsze możliwości socjalizacji, niż gdybyśmy chodzili do szkoły, spędzają cały nasz czas w towarzystwie rówieśników. Uczyliśmy się w jaki sposób współdziałać z ludźmi w każdym wieku, i czujemy się tak samo komfortowo gdy rozmawiamy z dorosłym, jak i gdy rozmawiamy z naszym rówieśnikiem.
Gdy byłam na poziomie szkoły średniej, podjęłam próbę ukończenia trzech klas w dwa lata, aby ukończyć szkołę rok wcześniej, w wieku 17 lat.
Zdecydowałam również, że nie pójdę na studia, głownie dlatego, że nie miałam ochoty zaciągać dług na tysiące dolarów, aby zdobyć wykształcenie, które nie jest mi do niczego potrzebne. To co naprawdę chcę robić w życiu nie wymaga stopni akademickich.

Rumunia, Marzec 2010
Z tego powodu, pracowałam jako opiekunka do dzieci, udzielałam korepetycji, byłam wolontariuszką dla różnych służb w naszym kościele i pojechałam na misję do Rumuni.
W tej chwili pracuję jako niania 3 dni w tygodniu, sprzątam domy w 2 inne dni, i współpracuję jako wolontariuszka ze służbą techniczną w kościele. Wiosną i latem trochę podróżuję wspierając biznes moich rodziców „The Learning Parent”. Napisali oni kilkanaście książek dotyczących rodzicielstwa, edukacji domowej, i przemawiają na konferencjach w całych Stanach Zjednoczonych, a także w niektórych innych krajach.
Kocham moją pracę, zwłaszcza bycie nianią. Niektórym to co robię może wydawać się prozaiczne i nieważne, ale ja ten fakt, że mogę pomóc wychować te drogocenne dzieci, tak aby Kochały Pana Boga z całego serca, duszy i myśli” postrzegam to jako niezwykły przywilej.

Rodzina

Życie w rodzinie w której jest czternaścioro dzieci, rzadko kiedy jest nudne. Mogąc spędzać ze sobą dużo czasu, byliśmy (i jesteśmy) rodziną bardzo blisko ze sobą związaną. Nawet teraz, nikt nie jest w stanie tak mnie rozśmieszyć jak moi bracia. Nikt nie potrafi śmiać się z moich dylematów, a następnie dawać mi takich rad jak moje siostry. Nikt nie potrafi tak słuchać, jak moja mama. Nikt nie potrafi wprawić mnie w zakłopotanie tak jak mój tata. Jestem niezwykle wdzięczna za czas jaki mogliśmy razem spędzić, naprawdę poznając siebie nawzajem, pielęgnując te tak bliskie relacje, które przetrwają całe nasze życie.
Jednym z momentów, który pokazywał jacy jesteśmy, był czas, gdy u mojego brata Josha zdiagnozowano białaczkę we wrześniu 1996 roku.

Josh, ze swoją siostrą Kelley, krótko przed swoim odejściem w 1997
Cierpiał przez 7 miesięcy. Większość tego czasu spędzając w szpitalu, oddalonym od naszego domu o 2 godziny jazdy samochodem. To było bardzo trudne dla mamy i taty, ale chcieli spędzać z Joshem tak dużo czasu, jak to tylko możliwe, i kiedy tam jechali moja najstarsza siostra troszczyła się o młodsze dzieci, które zostały w domu. W marcu kolejnego roku Josh odszedł, aby być z Panem. To był bardzo trudny okres dla nas wszystkich, ale Pan posłużył się nim, aby przybliżyć nas do siebie nawzajem i zbliżyć do Niego. W ciągu kolejnych lat, dowiadywaliśmy się o ludziach, którzy byli bardzo dotknięci świadectwem Josha. Tak naprawdę, to Jego świadectwo, pokazało mi potrzebę zbawienia, dlatego też oddałam moje życie Chrystusowi, kilka tygodni po śmierci Josha. Czekam z niecierpliwością na dzień kiedy znowu z nim się spotkam i kiedy razem będziemy wielbić naszego Zbawcę!
Podsumowując, miałam tak wspaniałe doświadczenia zdobywania wykształcenia w domu, że nawet nie potrafię powiedzieć jak bardzo jestem wdzięczna moim rodzicom, za ich poświęceniem abym mogła mieć taki przywilej. Wiem, że będę zbierać tego plony przez resztę mojego życia.
Zamiast wysłać mnie z domu, aby jacyś obcy ludzie nieustannie bombardowali mnie swoją bezbożną wizją życia, kochający mnie rodzice, chociaż nie byli doskonali, nauczali mnie, pragnąc „prowadzić mnie drogą, którą mam iść” i ucząc mnie jak być sługą Chrystusa.
Rodzice, bez względu na poświęcenie jakie czynicie dzisiaj, nigdy nie będziecie żałować czasu i wysiłku jaki włożyliście by wychować swoje dzieci. One są jak strzały, które pewnego dnia będziecie mogli posłać, ku chwale Boga i by wypełniły się Jego plany, które przewyższają wszystko, co możecie sobie wyobrazić! Tak to wymaga wiele wysiłku i wiele poświęcenia, ale zapewniam Was, że warto. 

piątek, 20 maja 2011

Matematyka - skończyłyśmy klasę I

Właśnie tak, wczoraj skończyłyśmy klasę I z matematyki. Pozostały nam jeszcze tylko powtórki. No i pozostałe przedmioty, czyli angielski (jeszcze jeden dział), niemiecki (tak samo jak angielski), chemia (jeszcze tylko dwa zagadnienia) i polski. Z j.polskiego właściwie mamy już mówione treści z podręcznika, omówione i przeczytane wszystkie lektury (te obowiązkowe i te nie) ale jeszcze zostało nam trochę do zrobienia gramatyki, poza tym chcę, aby Aga jeszcze trochę poćwiczyła pisanie różnych form (zwłaszcza sprawozdania i recenzje), na razie odpuszczamy sobie rozprawkę. A w przyszłym roku jakoś inaczej muszę ustawić sobie j.polski. 

Do egzaminów jeszcze trochę czasu. Zaczynamy 14 czerwca, tak więc myślę, że ze wszystkim zdążymy, pomimo tego, że Aga znowu jest chora - ma gorączkę, bardzo źle się czuje i leży w łóżku - i oczywiście w tym momencie przygotowania do egzaminów muszą zejść na dalszy plan..

niedziela, 15 maja 2011

Noc Muzeów w Warszawie

Warszawa, podobnie jak wiele innych miast w Polsce z soboty na niedzielę otworzyła swoje muzea dla mieszkańców i turystów. Widać, że impreza potrzebna i wzbudzająca wiele pozytywnych emocji, bo na ulice wyległo tysiące ludzi. W sobotę o godzinie 20 w metrze tłok był taki, jakiego nie ma w nawet w godzinach szczytu. Bardzo dużo młodzieży (widać, że bieganie po muzeach stało się modne i aby utrzymać fason, trzeba wziąć w tym udział) ale też sporo ludzi w wieku nieco starszym i dużo starszym. My zdecydowaliśmy się, że darujemy sobie muzea. Gdy parę miesięcy temu wybrałam się do zamku królewskiego, to weszłam do środka bez żadnej kolejki, w noc muzeów kolejka była bardzo długa. Dlaczego więc w ogóle wyszliśmy z domu? Dlatego, że miasto przygotowało jeszcze inne atrakcje i jedną z nich chcieliśmy zobaczyć. Chodzi mi o fontannę na podzamczu. Od zeszłego tygodnia, co sobotę odbywa się tam spektakl pt. "Światło i dźwięk". Bardzo chciałam go zobaczyć, więc zmusiłam resztę rodziny do tego by poszli ze mną. Prawie wszyscy pasażerowie metra wysiedli na tej samej stacji co my, czyli Ratusz-Arsenał. A potem okazało się że w tłumie (o którym mogli by marzyć komuniści w czasie pochodów 1 maja ;) poszliśmy w kierunku zamku a następnie podzamcza. Tysiące ludzi. Nie przesadzam. Ale warto było, bo spektakl robił naprawdę wrażenie. Moim słabiutkim aparacikiem udało mi się zrobić parę zdjęć. Coś tam widać, ale naprawdę nie oddaje to wrażenia jakie zrobił na mnie ten spektakl.










środa, 11 maja 2011

Gorąco.. gorąco

Oj tak robi się gorąco. Chodzi mi nie tylko o temperaturę powietrza, ale też o to, że coraz bliżej mamy egzaminy. Za miesiąc będziemy, albo jeszcze w trakcie, albo już po. Agusie systematycznie się uczy, ale widzę, że też jest już zmęczona. 

Poza tym, że mamy na głowie egzaminy szukamy: 1) nowego domu dla siebie (może własnego) 2) szkoły, gdzieś w okolicy, która mogłaby się stać naszą szkołą (w Gorzowie jest nam bardzo dobrze tylko... trochę daleko). Jestem już po rozmowach w kilku szkołach. Dwie bierzemy pod uwagę. W obydwu złożyłam podanie. W obydwu było sympatycznie, chociaż w jednej z nich pani dyrektor ma fatalne doświadczenie z ED, a jednak chce spróbować. Druga szkoła nie ma w ogóle doświadczenia, ale dyrektor szkoły sam zapowiedział, że egzaminy będą tylko z podstawy programowej, a kolejność w jakiej sobie ją ułożę, to czy będę korzystać z jakiś programów cz podręczników, to już moja sprawa. Ta druga szkoła jednak przyjmie nas pod warunkiem, że zamieszkamy w jej rejonie. A ja nie wiem, czy dostanę kredyt, aby tam coś kupić i do końca maja pewnie się nie dowiem (niestety tego ustawodawca nie przewidział).
W każdym razie szukając szkoły i umawiając się na spotkania dotarłam też do Wilanowa. Oczywiście zabrałam ze sobą Agę, robiąc jej przerwę w nauce formalnej. Warto zwiedzić pałac w Wilanowie. Naprawdę warto.